Bruce Robert – pustelnik który przyciąga wędrowców

Bruce_Robert

Wróciliśmy z Mordoru. Była to przecudna wyprawa w krainę fantazji, gdzie groza splatała się z pięknem, gdzie czuwający wulkan dawał poczucie gotowości. Nieco zmęczeni żmudnym zygzakowatym zejściem po zboczach góry na parking zdecydowaliśmy się na poszukiwanie prysznica i najbardziej dzikiego z dzikich noclegów. Nie wszystko jednak wyszło, tak jak planowaliśmy. I to jest w życiu najpiękniejsze, przypadki tak np. rodzą największe dzieła, jak i sytuacje, a w końcu wspomnienia

Pamiętamy pewnego człowieka, który zaczepił nas na dump station, gdy szukaliśmy miejsca, gdzie możemy wyrzucić swoje odpady. Zagadał nas, wyglądał jak Santa Claus, a przy tym był tak namolny, jego oczy przenikały nas na wylot. Myśleliśmy, że chce nas okraść, zabić, zakopać w lesie. No więc pojechaliśmy za nim na jego camping… Co z tego wyszło?

Bruce Robert ma 61 lat, a przy tym potrafi fantastycznie opowiadać. Okazał się człowiekiem, jakiego nie spotyka się na co dzień. Człowiek-historia. Kiedyś adoptowana sierota, obecnie żyjący od 3 lat w przyczepie campingowej. Niegdyś milioner, który sprzedał wszystko co miał, mieszkał 15 lat w USA by potem powrócić do Nowej Zelandii i kupić kawałek ziemi. Wybudował na niej sobie drewniany domek i wciąż go po swojemu, spokojnie remontuje. Samotny pustelnik, który cieszy się poznawaniem podróżników i wymienianiem z nimi fantastycznych historii.

Z pochodzenia irlandczyko-szkot (miód na nasze serce z racji, że jesteśmy fanami Szkocji i cudownych zrządzeń losu). Był trzykrotnie żonaty, z jedną z tych żon spędził 15 lat w USA i zakochał się w typowych White Christmas a teraz? Mieszka przy lesie, gdzie spotkać można słynne glow worms, do których zaprowadził nas w chłodzie nocy. Opowiadał także, że jego teren odwiedzają niekiedy kiwi i drą się głośniej niż kury, i że należy do stowarzyszenia ludzi, którzy w Nowej Zelandii obchodzą święta nie w grudniu, kiedy u nich jest lato, tylko w czerwcu, kiedy jest zima :D.

Camping Bruce’a nazywa się Suaimhneas (z irlandzkiego oznacza „Peaceful”, „Spokojny”) – i jest to takie miejsce na ziemi, które daje przyjezdnym dom, nie na chwilę. Do tego miejsca pragnie się wracać… i wracać. Do człowieka, od którego dowiesz się wszystkiego, co chcesz wiedzieć o życiu w Nowej Zelandii.

Bruce Robert - szyld

W 2019 roku nie powiodły się zbiory kiwi, dlatego 3 razy w tygodniu pracuje, rozwożąc mleko do mleczarni. I to mu wystarcza. Praca 3-4 dni w tygodniu i ma za co żyć, choć uważa, że Nowa Zelandia dla lokalnych mieszkańców jest krajem drogim. Dzieci w szkołach mają na święta 3 tygodnie wolnego.

Bruce pasjonuje się fotografią i pokazywał nam swoje albumy pełne przepięknych krajobrazów i uchwyconych zajętych życiem zwierząt. Nie chciał wziąć od nas pieniędzy za użyczenie miejsca na parkingu, poczęstował nas herbatą, ciastem, a nawet prysznicem w swoim skromnym camperze <3.

Bruce przedstawił nam swoją aktualną wizję życia – życie dla życia, minimalizm, mieć co jeść i jakiś dach nad głową w różnej postaci (namiot, samochód, dom, co kto woli, ale by można było gdzieś wrócić), no i miłość do człowieka, natury, samego siebie. Była to lekcja i zadanie “domowe”, które właśnie odrabialiśmy.

Bruce Robert - kemping
Tak wygląda miejsce kempinowe.

Bruce dał nam namiastkę domu, gdy byliśmy zagubieni. Tak, wiemy, że nasze szlaki jeszcze się przetną.

Gdyby ktoś był zainteresowany, w jakiej okolicy Bruce żyje: miejsce w dziczy, obok rezerwatu lasu deszczowego, niedaleko drogi 41 w stronę Waituhi Scenic Lookout.

Takie momenty przywracają wiarę w ludzi, w dobro, które wszędzie może nas spotkać mimo pozornego nie najlepszego pierwszego wrażenia ;).

Niestety pochłonięci rozmową z Burcem nie zrobiliśmy sobie z nim ani jednego zdjęcia czego teraz bardzo żałujemy. Pomimo to jeśli zechcecie zatrzymać się u Brusa udajcie się pod współrzędne z naszej mapy i jeśli zastaniecie tam starszego jegomości wyglądającego jak św. Mikołaj to trafiliście pod dobry adres 🙂

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments