ponta do pargo
Madera Europa

Madera (dzień 1) – trekking na stromym klifie przy Ponta do Pargo

on
7 lutego, 2021

Nasze wpisy podzieliliśmy zgodnie z planem podróży, miejscówkami i dniami (ponieważ tak było lepiej dla powieściowego stylu tych wpisów) :). Cały plan ze spisem miejsc dostępny będzie niebawem Ze względu na to, że wyspa jest mała, każdego dnia spontanicznie planowaliśmy wyjazd, uzależniając go poniekąd od pogody i czasu (miejsce wypadowe mieliśmy jedno: w Estrela da Calheta, o czym dokładnie pisaliśmy tutaj). 

Jaką trasę zrobiliśmy?

Vereda da Fajã Grande – ocean – Vereda do Pesqueiro – Farol da Ponta do Pargo


Jest to trzeci wpis z cyklu opowieści z wyprawy na Maderę.


Dojazd na Miradouro do Fio

Po przebudzeniu poszliśmy do sklepu, potem szybko zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy prowiant w plecaki, ubraliśmy buty (ja półbuty trekkingowepodeszwą kauczukową, Rafał trekkingowe z vibramem – okazało się, że moja podeszwa miała nieco lepszą przyczepność) i pojechaliśmy na Miradouro do Fio (punkt widokowy z knajpką, gdzie można zaparkować samochód). Po drodze podziwialiśmy piękne widoki, budzące się leniwie do życia klimatyczne miasteczka (niestety w dobie pandemii wygląda to zupełnie inaczej, ale da się dostrzec ten urok). Ostatni odcinek przemierzaliśmy między domami drogą, która wzbudzała strach na każdym zakręcie – nie dość że bardzo stromo, (my zjeżdżaliśmy w dół), to w dodatku była bardzo wąska (z linią przerywaną pośrodku). Nie wiem, jak mijają się tam dwa auta ;).

Naprawdę nic dziwnego, że na Maderze dochodzi do tak licznych wypadków samochodowych (tak gdzieś przeczytaliśmy).

Gdy dojechaliśmy na miejsce, ujrzeliśmy krowy, przez co szybko wyskoczyłam z samochodu i zanim jeszcze pobiegłam w ich stronę, skierowałam się do granicy klifu, delektując się po drodze słodkim zapachem traw i kwitnących krzewów.

Nie będę ściemniać, że idąc do tego miejsca, wiedziałam o nim wszystko. W zasadzie NIC o nim nie wiedziałam, bo nie wiedziałam do końca, gdzie idę. Wspominałam tutaj kiedyś, że często chodzę na tzw. “pałę”, cenię sobie spontaniczność w podróży. Podczas tego szlaku myślałam sobie właśnie, że spontaniczność pozwala na odkrywanie poza utartymi schematami, szlakami, natomiast plan też jest dobry, bo dzięki niemu nie przegapimy czegoś dla nas istotnego. A co gdyby połączyć obie umiejętności (no dobra, z przewagą tej pierwszej ;))? Wychodzi z tego całkiem niezła podróż. 

Szlak ten znalazł Rafał na mapy.cz (więcej o aplikacjach przydatnych nam na Maderze pisaliśmy tutaj). Co lubię w tym człowieku to to, że pozwala sobie na spontaniczność i tak nasza podróż ewoluowała w niezapomnianą trasę :). 

Przytoczę teraz (uczciwie) naszym zdaniem istotne informacje, które przeczytaliśmy na tablicy znajdującej się przy parkingu: 

Wysokość klifu: 364 m. Z tego punktu widokowego można podziwiać wspaniały nadmorski krajobraz. Klif składa się z szeregu strumieni bazaltowych. W jego dolnym obszarze można zauważyć utrwalone osady piroklastyczne (bomby wulkaniczne, lapilli i popiół – potwierdzamy!). Materiały te powstały w wyniku erupcji, a następnie gromadzeniu się zespolonych cząsteczek w pobliżu wulkanów, tworząc osady, przez które przechodziły szwy z późniejszych erupcji. U podstawy dyferencjału można zobaczyć masowe osady wynikające z poślizgu materiału klifowego, co pozwoliło na powstanie Fajā Grande Fajā Pequena. W przeszłości były używane w rolnictwie. Po zaprzestaniu upraw rolniczych zaczęły tam ponownie rosnąć niektóre endemiczne gatunki roślin: Maytenus umbellata, niebieska duma Madery (Echium nervosum) i szparagi.

Vereda da Fajã Grande

Po odejściu od tablicy pobiegliśmy przywitać się z rudymi krowami :D. Po nacieszeniu się ich obecnością, zrobieniu zdjęć, pogadaniu, pobiegłam za Rafałem, który już zmierzał wąską polną dróżką w stronę przepaści. Mój głód przygody wzmógł się, gdy to widziałam. Pobiegłam za nim, spoglądając nań dziwnie.

  • No co, będziemy tędy schodzić? – oznajmił Rafał, wskazując mi wąską dróżkę, gdzie z jednej strony rosły opuncje figowe, które po raz pierwszy w życiu widziałam na żywo w takiej ilości (kłujące bardzo ;)), z drugiej… przepaść :D.
  • Super, pierwszy dzień podróży, a Ty już wybrałeś dla nas taką trasę. Ale ok, jak zwykle hardcore musi być. Dobra rozgrzewka na początek. Jak zginę, to przynajmniej z uśmiechem – odparłam, myśląc poważnie o czekającej nas trasie, ale z wielką radością w sercu, bo uwielbiam ciężkie trekkingi i przekraczanie granic swojej psychiki i fizyczności.

Już przy pierwszym zakręcie zdecydowałam, że czas rozpocząć zdjęcia pamiątkowe. Oczywiście Rafał (niezbyt zadowolony tym pomysłem, bo stojąc na wąskiej ścieżynie na ścianie klifu trudno o dobrą przestrzeń), wyciągnął aparat i zaczął robić zdjęcia. 

Zamierzając go schować, szybko zmienił zdanie, bo oczy poprowadziły nas w stronę konika polnego, który wygrzewał się na rozgrzanej kamienistej patelni, bo zwykłym kamieniem tego nazwać nie mogłam. Mały model chyba zadowolony ze swojej darmowej sesji stał grzecznie i pozował. Oto co, z tego wyszło.

Po jakimś czasie jednak znudził się nami i sobie skoczył w siną dal. My idąc kawałek dalej, natknęliśmy się na… pająki. Chmarę pająków, które utkały gęste sieci między kolczastymi opuncjami. Może to jakiś opuncjowy gatunek pająka? 😀

Ziemia na klifie jest rzeczywiście czerwono-ruda, pachniała wulkanem. Z kolei opuncje swoim oliwkowym kolorem pięknie komponowały się z wulkanicznym kolorem ziemi, niebieskim niebem i oceanem, a słońce przeglądało się w naszych oczach, bo nie mieliśmy okularów. Nie przeszkadzało nam to jednak :).

Po jakimś czasie trafiliśmy na miejsce, które przez swoją ekspozycję wymagało zabezpieczeń. Postawiono tam żelazny płotek, pomagający w schodzeniu w dół (kiedyś musiało się to zacząć!). Co jakiś czas przystawałam i filmowałam przebieg naszej trasy, by po powrocie uwierzyć w to, co wtedy wyczynialiśmy. Spotkaliśmy na drodze jednego tylko człowieka.

Zdałam sobie sprawę, że jak to dobrze, że Rafał zakupił sobie uchwyt Peak Design do aparatu, ponieważ, nie musiał go trzymać w plecaku i ciągle go zdejmować. A tak to aparat sobie wisiał i nic mu nie groziło, no chyba że Rafał spadłby razem z nim 😀 (nasz czarny humor). Ale nie zakładaliśmy takiej opcji ;).

Szlak ciągnął się tak i ciągnął. Przyznam szczerze, że nie czułam znużenia, zmęczenia, cały czas towarzyszyły mi skrajne emocje: adrenalina, radość, poczucie bezpieczeństwa wbrew pozorom, bo zaczęłam ufać swoim nogom, słuchać ich. Po jakimś czasie dotarliśmy jednak do miejsca, gdzie ścieżyna poszerzyła się, kamienie zrobiły się większe, a kawałek dalej wchodziło się już w chaszcze. Jaszczurki uciekały nam spod nóg, całe kolonie wylegiwały się na gorących kamolach.

Nie mogąc wytrzymać upału, jaki panował wówczas na Maderze, i czekając na Rafała, który starał się zrobić jaszczurce zdjęcie, zdjęłam bluzkę i zostałam w samej ogrodniczce. Założyłam turban na głowę i zadowolona, że za chwilę się schłodzę wodą z oceanu lub z wodospadu, ruszyłam przed siebie i… wpadłam w opuncję z wielką pajęczyną i pająkiem ;). Oczywiście strach przezwyciężyła chęć podzielenia się tym faktem z Rafałem, by zrobił mu takie ładne zdjęcie.

Im dalej szliśmy, wydawało mi się, że popełniłam ogromny błąd, zakładając ogrodniczkową sukienkę na tę trasę (przecież nigdy nie zakładam sukienek, jak idę w góry). Ale to nie były góry… Szlak wbrew pozorom nie wymagał wygibasów. Muszę więc przyznać, że taki strój okazał się strzałem w dziesiątkę – sukienka była elastyczna, przewiewna, a gdy zdjęłam bluzkę, idealnie nadawała się do zamoczenia w wodzie spływającej delikatnymi stróżkami z klifu.

Ocean

Po jakimś czasie doszliśmy do kamienistej plaży. Bez butów chodziło się tam ciężko, więc założyłam swoje z powrotem. Naszym celem od mniej więcej połowy wyprawy był wodospad, który w oddali spadał z klifu na plażę. Zdecydowaliśmy, że tam spróbujemy zamoczyć stopy w bezgranicznej toni oceanu, uchwycić nieuchwytne na bladym horyzoncie, odpocząć i po prostu cieszyć się chwilą, pięknem życia.

Rozpoczęliśmy więc mozolną wędrówkę przez kamienie w stronę wodospadu. Naszym radościom nie było końca, gdy po drodze znaleźliśmy mały strumyczek, który napełnił nasze butelki, a nieopodal kończył swój bieg, rozbijając się o skały, nieco większy potoczek. Zrobiłam to, co chyba zrobiłby każdy. Wskoczyłam po prostu po tę wodę. Oprócz orzeźwienia poczułam wszechogarniającą mnie wolność. Tak… to dobre słowo. Piękną wolność, która rozlała mi się zimnym strumieniem po całym ciele.

Kontynuując naszą wędrówkę spotkaliśmy bardzo strachliwe krabiki, które widząc nasze cienie, błyskawicznie umykały między kamienie. W międzyczasie spotkaliśmy też samotną kaczkę, a przynajmniej stała sama na kamieniach (być może miała gniazdo ukryte w krzakach). Ale uwielbiamy spotykać zwierzaki <3.

Zgarniając po drodze kij bambusowy, który służył za… kij-podpórkę, przyspieszyłam tempo, by znaleźć się jak najszybciej wodospadu. Zależało mi na czasie (chęci pobycia tam dłużej), ponieważ godzina policyjna zbliżała się nieuchronnie. Było wtedy chwilę po godz. 15.00. W weekendy godzina policyjna zaczynała się o godz. 18.

Gdy dotarliśmy pod wodospad, okazało się, że nie jest tak łatwo dostępny, drogę do niego torowały dziko rosnące chaszczaki, przez które nie chcieliśmy się już przedzierać. Zdecydowaliśmy o zjedzeniu prowiantu, popatrzeniu w przestrzeń, podziwianiu wodospadu z małej odległości i zrobieniu mu zdjęć.

Trzeba było wracać. Gdy zbieraliśmy się do drogi, a fale przeganiały nas, wzbierając na sile, zauważyłam 3 Portugalczyków. Bez koszulek, opaleni, ciężko pracowali, biorąc każdy z osobna na barki nieduże drewniane bale. Zanosili je kawałek wyżej do bazy, w której prawdopodobnie nawadniali jakieś rośliny. Nie chcieliśmy im przeszkadzać, dlatego jakoś nie zagadywaliśmy (jeszcze się wstydzimy tak zagadywać), z drugiej strony poczułam ukłucie, że nie zaproponowałam im pomocy (a głęboko o tym myślałam, tylko… nieśmiałość).

Tak idąc w stronę szlaku, który piął się wysoko, zostawiłam Rafała w tyle, ponieważ jeszcze robił zdjęcia. Zauważyłam wrak, ale nie byłam pewna czego, czy to była jakaś butla, czy komora z łodzi podwodnej, czy ze statku. Ale na myśl przyszły serie kosmiczno-horrorowych filmów ;).

Vereda do Pesqueiro

Wchodząc na szlak, od razu poczułam, że to będzie to. Iście tatrzańskie warunki, kamyczki lub coś jak popularny czerwony szlak na Szrenicę w Karkonoszach. Pierwszy zakręt na szlaku i już osuwisko, wąskie przejście skutkujące zjechaniem na pupie w dół na plażę, jeśli źle się postawi nogę. Zaczynało się wesoło.

Kawałek wyżej znaleźliśmy bazę owych Portugalczyków, którzy machaniem dłoni odpowiedzieli na nasze „Ola!” i uśmiechy. Siedziała z nimi kobieta, a z radia nadawały wesołe dźwięki popularnej muzyki idealnej na zachody słońca. Nieopodal działał zraszacz, który nawadniał roślinność. Pozwoliliśmy sobie napełnić znowu butelki wodą i ruszyliśmy dalej.

Droga ciągnęła się w nieskończoność, miała formę zygzaka, choć było na niej parę punktów, o których warto wspomnieć. Najciekawszym była mostek (tak to sobie nazwałam) – po obu stronach przepaść, droga zabezpieczona barierkami. Jak nie patrzeć oczy cieszyły się widokiem, z jednej strony potęga żywiołu ziemi, piękny klif wychodzący na spotkanie trzem pozostałym żywiołom, z drugiej – potęga żywiołu wody, bezkresny ocean, potęga żywiołu ognia – palące zachodzące słońce, i wiatr wiejący w twarz. Czego chcieć więcej?

Co rusz spotykaliśmy jaszczurki i oglądaliśmy wodospad z kilku perspektyw. Nie mogliśmy wyjść ze zdumienia, gdy zauważyliśmy nad samą przepaścią klifu dom… Po prostu piękny dom, nawet przybliżaliśmy go sobie w wizjerze aparatu – tak, miał ogród, był to rodzinny dom.

Tę drogę przeszliśmy zdecydowanie szybciej i żwawiej niż poprzednią ze względu na czas, jaki nam został, a zapragnęliśmy dotrzeć jeszcze na latarnię morską, która od parkingu jest rzut beretem. A do parkingu nie było takie łatwe dojście, ponieważ po wyjściu na górę, musieliśmy przejść jeszcze kawałek klifem.

Gdy widzieliśmy już końcówkę szlaku, droga prostowała się i ujrzeliśmy jakiś samochód, nad naszymi głowami pojawiły się… krowy :D. Pasły się w duecie i patrzył na nas wielce zdziwione. Sporo ich było rozrzuconych po klifach, każda zajadała inną jego zieloną część. Świerszcze odzywały się głośno, a my w oparach zachodu przedzieraliśmy się przez kolejne chaszcze, by dotrzeć na jakąś otwartą drogę prowadzącą na parking :).

Farol da Ponta do Pargo

Gdy nam się udało dotrzeć na parking, zdecydowaliśmy, by szybko dobiec na latarnię, bo szykował się piękny zachód, a musieliśmy zdążyć przed godziną policyjną dobiec do samochodu i być jak najbliżej domu. W drodze na latarnię spotkaliśmy piękną ptaszynę, która chętnie dawała się sfotografować, oraz pieska bawiącego się ze swoją panią :). Och, jak pięknie i sielsko oni tutaj żyją, choć zawsze jest tak, że coś za coś – piękne widoki i życie na uboczu ma swoją cenę, którą nie każdy jest w stanie zapłacić.

Siedząc tak pod latarnią morską (zamkniętej dla zwiedzających), słuchaliśmy ciszy oceanu i cichej rozmowy innych ludzi. Było nas na rozległym klifie 7 osób. Gdy uznaliśmy, że musimy wracać, zrobiliśmy parę zdjęć, spakowaliśmy się i wróciliśmy do samochodu, a następnie przy otwartej szybie podziwiałam piękny zachód malujący chmury na różowo, a niebo na ogniście pomarańczowo. Ostatnie promyki zachodu pożegnaliśmy już z tarasu widokowego naszego domku.

Podsumowanie

Wymagający trekking-pętelka po zboczach stromego i wysokiego klifu, wśród opuncji figowych, z kąpielą w oceanie po drodze i spotkaniami z krowami, ale jakże dostarczył nam adrenaliny i radości. Co to była za trasa! 🙂 Trudniejszy szlak był zdecydowanie na Vereda da Fajã Grande. Vereda do Pesqueiro była zygzakowata, spokojniejsza, miała szerszą ścieżynę i „wyściełana” kamyczkami ułatwiającymi podparcie się butami.

Długość: ok. 7 km.

Czas: zawsze trudno nam podawać czas przejścia, ponieważ uważamy, że jest on względny i zależny od danego podróżnika. Z racji, że na plaży chwilkę posiedzieliśmy, zrobiliśmy zdjęcia, siedzieliśmy też długo, obserwując zachód słońca potem przy latarni morskiej, ale za to szybko szliśmy pod górę klifu, to nam całość wyprawy zajęła +/- 6,5 h. Myślę, że to jest optymalny czas na taką wyprawę, choć wiadomo, może niektórym osobom zająć krócej lub dłużej.

Polecajka: Polecamy tę trasę wyszukać w aplikacji mapy.cz i nią się sugerować podczas wyprawy :). Działa też offline. 

Mamy nadzieję, że ten wpis Wam się spodobał. Do zobaczenia w następnym :).

TAGS
RELATED POSTS
Subscribe
Powiadom o
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Ania
6 miesięcy temu

Przeczytałam z przyjemnością. Mam już schodzonych kilka tras na Maderze, ale tej jeszcze nie. Dzieki

Pa, Pa Miejsce!
Poland

Witajcie w małej pustelni włóczęgów! Miejscu pełnym pasji do świata, natury, odkrywania; krainie pełnej nastrojowych, magicznych, ale i śmiesznych, fotobajek podróżniczych z dzikich wypraw po świecie. Znajdują tu głos napotkani w podróży ludzie, zwierzaki-cudaki, nasze refleksje, czasem milczenie, muzyka świata i wiele więcej. Nasz dom, który jest wszędzie, ma otwarte drzwi dla każdego. Rozgośćcie się i zaczytujcie, zaczerpnijcie dawkę inspiracji i pozytywnej energii :). Pa pa, Miejsce Was wita! Fajnie, że tu jesteście. | „Czy to nie przyjemnie, że jest tak dużo rzeczy, które jeszcze poznamy? To właśnie sprawia, że ja się tak cieszę życiem… świat jest taki ciekawy… Nie byłby taki ani w połowie, gdybyśmy wszystko o nim wiedzieli, prawda?” – Lucy Maud Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza

Znajdziesz nas na:
Visit Us On InstagramVisit Us On FacebookVisit Us On Youtube
Nasz instagram

Wpadajcie do nas, codzienna dawka ciekawostek, jeszcze więcej zdjęć ze świata i filmików na luzie :).

Nasz Facebook