Malowniczy region Coromandel

NZ_Coromandel

Wreszcie odebraliśmy nasz dom. Mały campervan, który myśleliśmy, że będzie jeszcze mniejszy. Wystarczał nam, zakochaliśmy się w nim jednak dopiero po jakimś czasie. Dzielnie służył nam na dobre i na złe przez kolejne 4,5 tygodnia. Ahoj przygodo! Survival. Powinniśmy przeżyć. O tym, jak go nabyliśmy, pisaliśmy tutaj

Nasz początkowy cel był bardzo prosty – znaleźć się w wieczorem w środku parku narodowego Coromandel, lecz droga nasza usłana była dosłownie wieloma zakrętami :). Będzie trochę śmiesznie. 

Dzień pierwszy

Pierwszy przystanek pojawił się bardzo szybko. Był oddalony od wypożyczalni kilka przecznic. Nazwijmy go… sklepem spożywczym Countdown ;). Niestety współcześnie żadna wyprawa w dzicz nie ma szans na powodzenie bez odpowiednich zapasów. Pierwsze zakupy nie były tak naprawdę duże (ta, jasne). Stwierdziliśmy, że będziemy regularnie co 3-4 dni wychodzić z lasu, by nawiedzić jakiś większy sklep i uzupełniać nasze zapasy.

Nowa Zelandia nie jest aż tak dzika, jak mogłoby się wydawać, i nawet w malutkich mieścinach można znaleźć mały sklep z podstawowymi produktami. Bardzo pozytywnie zaskoczył nas asortyment produktów gotowych i półgotowych, takich jak zupy, sosy czy już ugotowany ryż. Miały one naprawdę bardzo dobry skład i po odpowiednim doprawieniu smakowały dobrze.

Najważniejszym produktem na naszej liście była oczywiście woda pitna i jej chcielibyśmy poświęcić więcej uwagi. W całej Nowej Zelandii, w miastach, na kempingach, jak i przy atrakcjach, a także w miejscach utylizacji nieczystości tzw. dump station, można znaleźć dystrybutory z darmową wodą. Uwaga! Nie każda woda nadaje się do spożycia. Polecamy zwracać uwagę na napisy, a jeśli nigdzie nie jest napisane „clear water” czy też „drinking water”, to możecie być pewni, że ta woda nie nadaje się do picia.

Ale dlaczego o tym piszemy? Dlatego, że można zaoszczędzić nieco dolarów na wodzie. Wystarczy kupić kilka butelek lub baniaków wody (my mieliśmy dwa po 10 litrów) i napełniać je właśnie tą wodą pitną. A co jeśli, przez dłuższy czas nie będziecie mogli znaleźć dystrybutorów z wodą? Tu polecamy zaopatrzyć się w butelki z systemem filtrującym, na rynku jest ich naprawdę bardzo dużo. My korzystamy w naszych podróżach z butelek Water-to-Go, więcej na ich temat możecie znaleźć w naszej recenzji tutaj.

Hunua Falls i park narodowy Hunua Rangers

Zakupy zakupami, ale gdzie jedziemy dalej?

Naszym kolejnym przystankiem na drodze do Coromandel był przepiękny wodospad Hunua Falls. Oddalony o jakieś 40 minut od Auckland znajduje się w parku narodowym Hunua Rangers. Wodospad Hunua był popularną atrakcją dla Aucklandczyków od czasów wiktoriańskich. Działały tu także kopalnie manganu. Woda jest jednak głównym zasobem pozyskiwanym stąd. Cztery zapory wodne obejmują zbiornik Mangatangi, który jest największą zaporą wodną w kraju i drugą co do wielkości zaporą na świecie. Rozległe 169-hektarowe jezioro ma 37 milionów metrów sześciennych wody, a średnia dzienna wydajność to 101,100 m3.

Coromandel- Hunua Falls

Pierwszą rzeczą, która nas bardzo pozytywnie zaskoczyła na parkingu, było zaplecze sanitarne (nowe toalety w pięknym drewnianym budyneczku oraz dystrybutory wody pitnej). Trochę gapiliśmy się na to tak, jakbyśmy nigdy czegoś takiego nie widzieli i nagle znaleźli się w “cywilizowanej dziczy” :D. Niesamowity był również system informacji turystycznej, ładne ulotki i miły, młody wolontariusz, którego zadaniem było informowanie podróżnych o wodospadzie i całym parku oraz co najważniejsze – o tym, jak korzystać ze stacji czyszczenia obuwia.

Zanim pozwolono nam wejść do parku, musieliśmy dobrze wyczyścić swoje buty. Jest to sposób na walkę z pewną odmianą grzyba atakującą tylko drzewa kauri. Czyszczenie oraz dezynfekcja butów specjalnym środkiem grzybobójczym następuje przed jak i po wejściu do parku. Wszystko po to, aby zmniejszać ryzyko przenoszenia zakażenia. Z punktami czyszczenia obuwia spotkaliśmy się potem jeszcze kilkakrotnie.

Coromandel- czyszczenie butów

Po krótkiej rozmowie z wolontariuszem, wzięliśmy ulotkę i poszliśmy krótkim szlakiem (może z 5 minut) i naszym oczom ukazał się 30-metrowy wodospad Hunua. Jest częścią rzeki Wairoa. Wywarł on na nas bardzo duże wrażenie pomimo że w Nowej Zelandii widzieliśmy wodospady większe i bardziej spektakularne. Wtedy też po raz pierwszy zetknęliśmy się z Maorysami. Niezapomnianym widokiem była rodzina kąpiącą się w jeziorze pod wodospadem. Bardzo polecamy po drodze zatrzymać się w tym miejscu choć na chwilkę.

Coromandel- Hunua Falls
Coromandel- _Hunua Falls
Coromandel- _Hunua Falls

Tutejszy las, potężny teren, oferuje również kilka szlaków oraz tras rowerowych (co widać na zdjęciu ulotki). Każdy znajdzie tu coś dla siebie – można zrobić krótką 15-minutową pętlę wokół wodospadu albo wybrać się na 3-godzinny spacer po parku Hunua Rangers albo na całodniowy trip rowerowy <3. Niestety w momencie, w którym my tam byliśmy, część tras była zamknięta z powodu remontu, toteż nie mogliśmy wykonać zbyt wielu zdjęć.

Coromandel- Hunua Rangers
Tak wygląda większość leśnych tras w lasach Nowej Zelandii. Pomarańczowe trójkąty na drzewach wyznaczają szlak.
Coromandel- Hunua Rangers

Będąc jeszcze w Auckland, które oferuje szereg darmowych mapek na każdym kroku, zgarnęliśmy taki folder. Jest dostosowany bardziej pod masową turystykę, ale i nam się przydał do uporządkowania paru kwestii :). W Nowej Zelandii jest tak wszystko opisane, że nie da się zginąć ;).

Coromandel- Hunua Rangers
Coromandel- Hunua Rangers
Mapka parku Hunua Rangers

Tairua – miasto nad bajeczną zatoczką

Ruszyliśmy dalej, a za cel obraliśmy sobie wschodnie wybrzeże Coromandel, gdyż wydawało nam się, że czasu mamy sporo. Niestety jak to zwykle bywa w podróży (chyba nigdy się tego nie nauczymy :)) droga przez park narodowy okazała się niezłym wyzwaniem. Kręte górskie drogi, ruch lewostronny, do którego Rafał jeszcze się nie przyzwyczaił, mimo że jeździł już w wcześniej na wyspach brytyjskich, automatyczna skrzynia biegów (tak, powinno być łatwiej, ale na początki były trudne) oraz stosunkowo duża liczba samochodów spowolniły nas.

Emocje spowodowały, że musieliśmy zatrzymać się na chwilę. Padło na uroczą mieścinę, Tairuę, znajdującą się na wybrzeżu Pacyfiku. Miejsce to jest idealną bazą wypadową na zwiedzanie całego wybrzeża wschodniego. Nad miasteczkiem góruje Mt Paku, z której rozpościera się piękny widok na ocean, wysepki, zatokę oraz okoliczne góry. Huśtając się na plaży, musieliśmy podjąć decyzję o dalszych planach. Było popołudnie. Decyzja wydawała się prosta, choć bolesna – omijamy wszystko i jedziemy zobaczyć Cathedral Cove.

Coromandel
Mt Paku
Coromandel
Coromandel

Cathedral Cove – plaża z Opowieści z Narnii

Po dojechaniu do miasteczka Hahei okazało się, że główny parking na samym końcu drogi jest zamknięty (sic! xD), ponieważ nie był to jeszcze szczyt sezonu. Oznaczało to dla nas mozolną, pieszą wędrówkę stromym chodnikiem przez całe miasteczko (takie lubimy najbardziej). Droga szybkim krokiem do parkingu zajęła nam ok. 20 minut. Dzięki tej ironii losu szybko zmieniliśmy zdanie – czas ten spędziliśmy… delektując się widokami Pacyfiku i plaży Hahei.

Na miejscu (owy parking) okazało się, że do naszego upragnionego celu mamy jeszcze 40 minut drogi! No cóż począć. Było jeszcze widno, świeciło słońce. Weszliśmy w krzaki. Do Catherdal Cove prowadzi asfaltowa, wąska dróżka wzdłuż klifów. Przebiegliśmy ją, pragnąc uchwycić ostatnie promienie zachodzącego słońca. Po drodze znajdują się odbicia do dwóch innych zatok, gdzie zajrzeliśmy już o zmierzchu w drodze powrotnej.

Coromandel- Catherdal Cove
Droga do Catherdal Cove. Widzicie to, co przed nami tam na horyzoncie? 🙂
Coromandel

Na północnym końcu plaży Hahei ukazał się nam nasz upragniony widok… Majestatyczna łukowa jaskinia, która przechodzi przez białą skałę i łączy dwie zatoczki, a wszystko to otoczone piękną plażą, klifami oraz bezkresem wody. To właśnie miejsce było planem filmowym dla jednej z początkowych scen filmu Opowieści z Narnii: Książę Kaspian, gdy bohaterzy przenoszą się z Londynu na narnijską plażę, Cathedral Cove. Wygląda znajomo? 🙂 Scenę tą można przypomnieć sobie tutaj.

Coromandel- Catherdal Cove
Coromandel- Catherdal Cove

Miejsce to, jak większość w Nowej Zelandii, należy do rezerwatu przyrody Te Whanganui-A-Hei, co oznacza Wielką zatokę Hei. Według podań historycznych Hei – wódz plemienia Waka Te Arawaw połowie XIV wieku odkrył ten teren i osiedlił się tu ze swoimi ludźmi.

Dla nas to miejsce było magiczne. Poczuliśmy się znowu jak dzieci. Po przekroczeniu łuku skały oraz pokonaniu atakujących fal (jeśli jest przypływ) można znaleźć się na drugiej plaży (prawie nikt tam nie zagląda, większość ludzi zatrzymała się pod łukiem i patrzyła, co wyrabiamy). Góruje nad nią skała Te Hoho. Spędziliśmy tu długie minuty, ciesząc się każdą chwilą. Zostalibyśmy dłużej, ale niestety, trzeba było wracać tam, gdzie nasze miejsce i szukać sobie miejsca do spania. Nasz plan obejmował sam środek parku narodowego Coromandel, by następnego dnia ruszyć z kopyta w góry.

Coromandel- Catherdal Cove
Coromandel- Catherdal Cove
Coromandel- Catherdal Cove
Coromandel- Catherdal Cove
Coromandel- Catherdal Cove
Skała Te Hoho.
Coromandel- Catherdal Cove

Wracając do samochodu tą samą asfaltową ścieżka (chcieliśmy być jak Maorysi i chodzić boso, ale wrażliwa skóra naszych miejskich/wiejskich stóp nam na to nie pozwoliła), odwiedziliśmy wspomniane już przez nas dwie urokliwe zatoczki Stingray Bay oraz Gemstone Bay. Niestety nie starczyło nam już czasu, by odwiedzić słynną plażę Hot Water. Hot Water spodoba się przede wszystkim miłośnikom saun, kąpieli błotnych. Słynie z tego, że podczas odpływu można wykopać na plaży małą sadzawkę i zanurzyć się w bardzo ciepłej wodzie, której temperatura potrafi dojść do 64 stopni Celsjusza.

Coromandel- Catherdal Cove
Zatoka Stingray Bay
Coromandel- Catherdal Cove
Zatoka Gemstone Bay

Droga powrotna samochodem przebiegała tą samą krętą i górską drogą, która w pewnym momencie skręciła na drogę szutrową prowadzącą w głąb parku narodowego Coromandel. Trasa ta licząca tylko 9 km dłużyła nam się niemiłosiernie i zajęła nam samochodem prawie pół godziny. Jechaliśmy wśród górujących drzew i ciemnicy (w takich miejscach należy uważać na kiwi, które jako że są zwierzętami nocnymi, mogą wyskoczyć zza krzaczka. Niestety nie mieliśmy tego szczęścia, by jakiś okaz zobaczyć :’(. To był nasz największy zawód… Ale od czego są powroty?). U celu znajdował się mały parking pełen samochodów (a przecież było jeszcze przed sezonem) oraz kawałek łąki służący za plac kempingowy. To tu w tym miejscu nasz domek miał pierwszy test noclegowy. Czy go zdał? 

Dzień drugi

Tak, zdał :). Nie licząc tego, że poranek rozpoczął się dość mgliście i pochmurnie.  W kościach czuliśmy, że ten dzień skończy się deszczem. Nie zwlekając, zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się w teren. Cały nasz wysiłek poprzedniego dnia prowadził do tej chwili, kiedy wyjdziemy na jeden z popularniejszych jednodniowych szlaków pieszych Kauaeranga Kauri Trail zwany też Pinnacles Walk. Czas przejścia całego szlaku na szczyt Pinnacles i powrót do parkingu zajmuje ok. 7-8 godzin. Jeśli ktoś ma więcej czasu, może podzielić tę trasę na dwa dni, ponieważ w głębi parku znajduje się baza noclegowa. My chcieliśmy zrobić tę trasę w jeden dzień (dla osób z kondycją nie będzie wymagająca) i ruszyć późnym popołudniem w dalszą drogę.

Co znajdziemy na tym szlaku? Ano przeżyjcie to sami :P. Na samym początku przeszliśmy przez bramki z urządzeniami do czyszczenia obuwia i ruszyliśmy przed siebie szlakiem Webb Creek. Drogi są tu bardzo dobrze oznaczone i nie ma możliwości zgubienia się – jeśli dużo pada możliwe są powodzie w lesie, co skutkuje zalaniem szlaku. Dlatego DOC stworzył gdzieniegdzie drogi okrężne, które również są oznaczone. Po krótkim spacerze po płaskim terenie przez las dotarliśmy do rzeki Kauaeranga oraz pierwszego wiszącego, wąskiego mościku (na trasie jest ich kilka) z tabliczką informującą o tym, że przebywać na nim może maksymalnie 1 osoba.

Coromandel
Coromandel
Coromandel
A to kolejny z mostków, przez który mogliśmy przejść na naszej trasie

Dalsza część trasy (ok. 2 godziny średnim tempem) prowadzi ścieżką przez cudowny las z małymi wodospadami i formacjami skalnymi do Hydro Camp. Spory odcinek tej trasy posiada wykute w skale schody, które kiedyś służyły za drogę dla koni pociągowych. Po dotarciu na polanę Hydro Camp, kierowani drogowskazami, udaliśmy się w kierunku Pinnacles na otwartą przestrzeń. Tu mogliśmy po raz pierwszy zobaczyć prawdziwy urok tego miejsca. Powulkaniczny krajobraz Tauranikau i górujący szczyt Pinnacles sprawił, że od razu poczuliśmy się jak Legolas i Aragorn ;). Aż zachciało nam się biec. Z łukiem mniejszy problem, ale z mieczem…

Coromandel
Coromandel
Coromandel

Mniej więcej w połowie drogi strudzeni dotarliśmy do Pinnacles Hut. To tu wędrowcy mogą odpocząć i przenocować. Koszt noclegu to 15 NZD za osobę dorosłą. W obiekcie znajdują się łóżka, toalety, zimny prysznic, palniki gazowe (powinniście mieć mieć swoje naczynia) oraz miejsce na grilla. Aby tu przenocować, potrzeba odpowiednio wcześniej dokonać rezerwacji online. Po krótkiej przerwie w tym malowniczym domku, zjedzeniu pół słoja dżemu, oraz zaprzyjaźnieniu się z miejscowym ptactwem (podjadał nam okruszki <3) ruszyliśmy dalej.

Coromandel
Nasz mały przyjaciel, który z nami jadł posiłek 🙂

Pozostała nam tylko (a może i aż) 40-minutowa wspinaczka na szczyt. Na dzień dobry przywitały nas… strome schody, zapewniając niezły trening cardio. Pod koniec z kolei, żeby tego było mało (ale cieszyliśmy się jak głupi), prawie zaskoczyła nas iście górska wspinaczka po łańcuchach, drabinkach i wykutych w skale stopniach niczym Orla Perć. Uwaga! Niestety ten odcinek wymaga od wspinacza przynajmniej średniej kondycji oraz brak lęku wysokości. Radzimy ubezpieczyć się w buty trekkingowe – widzieliśmy śmiałków w trampkach i widok ten oraz wyobraźnia, że osoba zaraz poleci, mroził nam krew w żyłach. Cały wysiłek zrekompensowały nam oczywiście cudne widoki.

Coromandel
Tą ścieżyną, schowaną między drzewami, szliśmy <3
Coromandel
Nasz cel podróży

Aby przygód było więcej, cały dzień był pochmurny. Przeczucie, że jak pojawimy się na szczycie, to zacznie padać, nas nie omyliło. Całe szczęście deszczyk był tylko chwilowy, ale wystarczył, by nieco utrudnić zejście po śliskich kamieniach. Na drogę powrotną planowaliśmy wybrać ścieżkę Billygoat, ale niestety na polanie Hydro Camp znaleźliśmy tabliczkę informującą, że jeden z mostów na szlaku jest nieczynny, a przejście rzeką może okazać się niemożliwe. Długo zastanawialiśmy się, czy jednak nie spróbować, ale w ostateczności wróciliśmy tą samą trasą, którą przyszliśmy. W Nowej Zelandii lepiej nie łamać zakazów. Powrót zajął nam ok. 2 godziny wolnym tempem.

Coromandel
Coromandel
Coromandel

Dokładny opis szlaku oraz mapę możecie znaleźć na stronie DOC.

Oprócz szlaku, który my przemierzyliśmy i uważamy go za wart zobaczenia i przejścia, w parku znajduje się jeszcze wiele ciekawych miejsc i dróg. Jak zawsze, musimy podkreślić to słowo – niestety (bo nie da się zobaczyć wszystkiego) – na następny dzień mieliśmy już zaplanowany Hobbiton. Czas naglił, byśmy ruszyli w dalszą drogę, szukać kolejnego noclegu. Wszystkich noclegów szukaliśmy na totalnym spontanie (z pomocą przychodziły nam aplikacje Camper Mate lub RANKERS CAMPING NZ, o których pisaliśmy tutaj). A o krainie niziołków więcej pisaliśmy tutaj.

Podobają Wam się nasze historie? Będzie nam miło, jeśli zechcecie się podzielić z nami komentarzem lub swoją historią <3. Dziękujemy! 

 

Mapa naszej 2-dniowej podróży

Coromandel w 3 minuty 🙂

Może Cię również zainteresować

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments