Rotorua – geotermalna, maoryska kraina

Rotorua

Wszechobecny zapach siarki, wybuchające gejzery, bulgoczące doły błotne, Maorysi oraz tłumy turystów. Taka jest właśnie Rotorua, położona w bardzo aktywnym sejsmicznie terenie, lecz pomimo tego, warto do niej zawitać, a co najważniejsze poczuć jej klimat.

Pomimo że podczas podróży po kraju kiwi staraliśmy się odwiedzać miejsca jak najbardziej dzikie, to tego miasta – zwanego geotermalną stolicą – Nowej Zelandii nie mogliśmy pominąć :). Spędziliśmy tutaj ogólnie dwa pełne dni i jest to zdecydowanie za mało, by poznać to miejsce dokładnie.

Nazwę miasto zaczerpnęło od pobliskiego jeziora. W języku Maorysów “rotorua” oznacza „drugie jezioro” (roto- „jezioro”, rua – „dwa”). Nazwę to nadał mu Kahumatamomoe, w tradycji maoryskiej zwany wielkim odkrywcą wyspy północnej. Rotorua było drugim jeziorem, które odkrył, stąd jego nazwa :).

W mieście obecnie mieszka ok. 70 tys. mieszkańców, a co trzeci z nich jest Maorysem. To sprawia, że ten region jest nowozelandzką stolicą kultury maoryskiej.

Tekst jest częścią cyklu wpisów o Nowej Zelandii z naszego 4,5-tygodniowego road tripa. 🙂

Pierwsze wrażenie

Jaka jest Rotorua? Możemy  śmiało powiedzieć, że początkowo lepiej ją czuć niż widać ;). W tym sympatycznym miasteczku spod płotów ogradzających park czy podwórka, z dziur ziemi bucha para. Zapach siarkowodoru w wielu miejscach jest bardzo intensywny, ale mimo to jest w mieście bardzo urokliwie. Warto po zaparkowaniu auta bliżej centrum wybrać się na piesze zwiedzanie, bo oglądać jest naprawdę co.

Rotorua
Wejście do parku Kuirau.

Jeśli chodzi o parkingi w mieście to mamy ostrzeżenie – w Nowej Zelandii trzeba bardzo uważać na włamywaczy samochodowych. Sama Rotorua jest w tej kwestii dość szczególna z powodu ogromnej liczy turystów, dlatego polecamy zostawić bardziej kuszące rzeczy w bagażniku (do niego jest się trudniej dostać).

Rotorua
Rotorua

Kuirau Park

W samym centrum miasta znajduje się miejski park, który trzeba koniecznie zobaczyć. Można znaleźć tutaj wszystko, z czego słynie region. Gorące źródła, bulgoczące błota i mocny zapach siarki. Wszystko to (za darmo) znajduje się w parku Kuirau. Zostaliśmy bardzo miło zaskoczeni tym, co w nim spotkaliśmy. Chyba jedną z najciekawszych atrakcji jest duże, parujące jezioro pośrodku parku. Dzięki niemu Patrycja mogła ogrzać się w ten chłodny wieczór :).

Rotorua

W zielonej części parku, którą widać m.in. na tych zdjęciach, znajduje się kompleks z możliwością grilowania na zewnątrz. Można tam napotkać nie tylko mewy, ale i równie ciekawskie ptaki, zwane Pukeko. Będą za Wami podążać do momentu, aż nie zwrócicie na nich uwagi ;).

Legenda o parku Kuirau i o Taniwha

Według niej w przeszłości wrzące jezioro w parku było znacznie chłodniejsze i nosiło nazwę „Taokahu”. Tamahika, syn Tutei, który jako pierwszy zbudował w Rotorurze swój dom, miał piękną żonę o imieniu Kuirau. Pewnego dnia, gdy kąpała się ona w jeziorze, Taniwha – mitologiczne stworzenie Maorysów przypominające potwora morskiego – złapał ją i zaciągnął do swojej kryjówki pod wodą.

Rotorua
To właśnie to jezioro z legendy.

Bogowie widząc walkę między Kuirau a Taniwha, rozgniewali się na zuchwałość wodnego stwora. Użyli swoich mocy i sprawili, że jezioro zagotowało się, dzięki czemu na zawsze zniszczyli Taniwha. Niestety czyn ten uśmiercił również żonę Tamahiki i od tego czasu jezioro i otaczający go park znane są w swojej historii jako Kuirau.

Rotorua
Rotorua

Niesamowite przeżycie, zatrzymujesz się samochodem w normalnym mieście, na asfaltowej drodze, po czym wchodzisz do pięknego parku przypominającym nieco Park Szczytnicki we Wrocławiu i podążasz za… zapachem ;), może i nieprzyjemnym, ale to, co nas tam czekało, było tego warte. Niebiańsko lazurowy kolor jeziora (a nie był to słoneczny dzień, by promienie pięknie oświetliły taflę wody) wspominamy z sentymentem do dziś. Tam po prostu można poczuć się jak w wulkanicznej krainie marzeń. Dno jeziora jest totalnie spalone. Spędziliśmy w tym parku większość swojego czasu.

Co ciekawe należy uważać, gdy się tamtędy przechadza, ponieważ odnotowano przypadki drobnych erupcji, gdzie wyrzucane były w powietrze błoto, skały i popiół. W 2003 roku erupcja nastąpiła za dnia, gdy park odwiedzali ludzie, wybuch sięgnął 14 metrów. Ostatnia poważniejsza erupcja miała miejsce w 2001 roku. Wtedy wybuch pozostawił po sobie krater o wielkości 12 m. Dziś miejsce to jest odgrodzone i stanowi wielką atrakcję.

Rotorua
Bulgoczące błotko w parku 🙂

Redwood Treewalk

Jeśli będziecie w Rotorurze, polecamy bardzo udać się na spacer pomiędzy ogromnymi sosnami kalifornijskimi. Bilet wstępu kosztuje 30 NZD za osobę dorosłą a 20 NZD za dziecko. Trasa liczy sobie około 700 metrów i obejmuje 28 mostów wiszących na wysokości 20 metrów, które są porozwieszane na ponad 100 letnich drzewach. Jeśli nie chcecie płacić za spacer w koronach drzew, możecie całkowicie za darmo wejść do lasu Redwood i cieszyć się niesamowitymi widokami, a także przekonać się, jak malutcy jesteśmy ;).

Rotorua
Te drzewa naprawdę robiły wrażenie

Rainbow Springs

 Jeśli jesteście fanami dzikich zwierząt i nie widzieliście jeszcze kiwi na żywo, musicie koniecznie odwiedzić to miejsce. Rainbow Springs jest rezerwatem dzikiej przyrody, który jest jednocześnie największym nowozelandzkim ośrodkiem wylęgu kiwi. Więcej na jego temat pisaliśmy w osobnym artykule poświęconym tym wspaniałym ptakom :).

Rotorua_Rainbow Springs

Oprócz wspaniałych dzikich ptaków, leśnych dróżek pomiędzy nowozelandzką roślinnością nie tylko dzieci, ale również dorośli znajdą tu mnóstwo interesujących rzeczy, atrakcji, a także każdego ucieszy przejażdżka kolejką Big Splash. Kończy ona swoją 7-minutową trasę nagłym 12-metrowym zjazdem do wody. Przygotujcie się na to, że zostaniecie zmoczeni :). Bardzo polecamy.  

W Rainbow Springs Pati znalazła kolegę 🙂
Rotorua_Rainbow Springs
A tak koleżka się prezentował 😀

Ceny: 60 NZD osoba dorosła, 30 NZD dzieci – jest to bilet łączony zawierający również prelekcje na temat kiwi i wizytę w wylęgarni (bardzo polecamy). W cenie biletu jest też przejazd wspomnianą wcześniej wodną kolejką :). 

Maoryska wioska, Te Puia


Rotorua zachęca również jedną z ciekawszych atrakcji, a jest nią maoryska wioska Te Puia oraz obszar geotermalny z nowozelandzkim gejzerem Pohutu Geyser. Wiecie co jest najfajniejsze? Jest to najwyższy aktywny gejzer na półkuli południowej! 🙂 Miejsce to jest tak wyjątkowe, że postanowiliśmy mu poświecić osobny wpis, który niebawem opublikujemy.

Jezioro Rotorua i nie tylko

Oczywiście oprócz samego miasta warto zobaczyć jezioro Rotorua. Jest to drugie co do wielkości jezioro na Wyspie Północnej, które powstało w kraterze dużego wulkanu. Mimo to samo jezioro nie jest głębokie.

Można pływać po nim motorówką, spróbować swoich sił w parasailingu czy po prostu odpocząć nad brzegiem lub pospacerować jedną z wielu tras wokół niego.

Z jeziorem Rotorua wiąże się jedna z bardziej znanych opowieści w maoryskim świecie Nowej Zelandii.

Niedaleko jeziora znajduje się informacja turystyczna.
Rotorua _informacja
Warto ją obejrzeć chociażby ze względu na sam budynek. Piękna architektura.

Legenda o Hinomoa i Tutanekai

Na środku jeziora Rotorua leży maleńka wyspa Mokoia, poświęcona plemieniu Te Arawa. Jest ona miejscem gdzie rozgrywa się jedna z najpiękniejszych maoryskich historii miłosnych, jakie kiedykolwiek opowiedziano – legendy Hinemoa i jej wojownika Tutanekai.


Hinemoa była córką wodza plemienia, które mieszkało w wiosce Owhata nad brzegiem jeziora Rotorua. Po drugiej stronie na wyspie Mokoia oddalonej zaledwie 4 kilometry od brzegu żył Tutanekai, nieślubne dziecko wodza. Oba te plemiona czasami odwiedzały się nawzajem z różnych okazji. Podczas jednego z takich spotkań Hinemoa i Tutanekai spotkali się po raz pierwszy i zakochali się w sobie.

Ich romans musiał być niestety ukrywany, a uczucia ograniczały się do potajemnego trzymania się za rękę czy dyskretnych wyznań miłości. Wieczorami Tutanekai siadał na werandzie swojego domu, który znajdował się na wzgórzu z widokiem na jezioro i grał na flecie. Delikatna bryza często unosiła dźwięk instrumentu do Hinemoy, gdy stała nad brzegiem jeziora.


Jak to bywa często w takich sytuacjach, drogi prawdziwej miłości są bardzo kręte. Rodzina dziewczyny podejrzewała, że zakochała się ona w młodym wojowniku i mimo że uważali go za miłego mężczyznę, nie zgadzali się na ich związek, bo był nieślubnym dzieckiem. Każdej nocy krewni Hinemoy wyciągali na brzeg czółna, tak by dziewczyna nie była w stanie udać się do swojego ukochanego.

Pewnej nocy, gdy Hinemoa stała nad brzegiem jeziora Rotorua z ciężkim sercem i oczami pełnymi łez, usłyszała żałobną melodię fletu Tutanekaiego i poczuła, że nie może tego dłużej znieść. Schodząc do brzegu w miejscu zwanym Wairere Wai, zaśpiewała żałobną piosenkę:

Māori

E te tau, e te tau,
Ka wehe koe i au!
Tu tonu ake nei taku aroha,
Nga tikapa kei te houhi. 
Kua hua au, e te tau, 
Mau taua e kau mai, 
Kia rokohanga mai e hua, 
Rurutu ana i taku moe. 
Kia puripuri au nga takitaki Whitirere kei runga!
Kia rakuraku au to tuara nui,
Puru ki te kauri –
Taku tau e!

Polski

Ukochany mój, ukochany mój,
Jestem daleko od ciebie!
Niestety mój ukochany,
Czy przyszedłbyś po mnie!
Szukając, powoli wiosłując,
Znalazł byś żonę, która jest chętna
By razem uciec
Chciałabym być w twoim domu,
Powyżej progu Whitirere’a!
Postać z ozdobnym tatuażem wodza
Pozdrawiam Cię czule i obejmuję,
O ukochany mój.


Następnie Hinemoa związała sześć tykw razem, tworząc pływaki i odrzuciwszy na bok ubrania, zanurkowała w jeziorze i popłynęła za dźwiękiem muzyki w kierunku Mokoia. Kiedy w końcu dotarła na wyspę, zimna i wyczerpana wieloma godzinami w wodzie, zdała sobie sprawę, że jest naga i ogarnęła ją nieśmiałość. Tuż za plażą natrafiła na gorące źródła o nazwie Waikimiha (znajdują się one nadal na wyspie) i weszła do nich. Drżała z zimna i znużenia, ale jej serce było pełne radości.

Jakiś czas później usłyszała kroki, a mroczna postać mężczyzny zaczęła napełniać kalabasę wodą z zimnego źródła przy basenie.
Hinemoa naśladując głos męski, zawołała szorstko:

– Dla kogo jest ta woda?

– Jestem niewolnikiem Tutanekai. Woda jest dla mojego pana – odpowiedział nosiciel wody.

Serce Hinemoy przyspieszyło, gdy znalazła się tak blisko domu ukochanego, ale nic nie powiedziała. Zamiast tego jej ręka wyszła z ciemności, chwyciła tykwę i połamała ją o skały. Zaskoczony niewolnik pobiegł z powrotem do Tutanekaiego i poinformował o dziwnym wydarzeniu. Młody wojownik był jednak zbyt zmęczony, aby się martwić i odesłał niewolnika po więcej wody.


Hinemoa kilkakrotnie zabierała i niszczyła tykwę niewolnikowi aż w końcu Tutanekai postanowił podjąć działania. Sięgnął po swój kij wojenny i zszedł do sadzawki, aby zabić osobę, która go obraziła. Gdy podszedł do sadzawki, zawołał gwałtownie:

– Kim jest mój wróg, którego imieniem nazwę puchar zrobiony z jego czaszki?

Szukał ręką na brzegu sadzawki aż w końcu złapał za rękę i wyciągnął przeciwnika na światło księżyca.

– Tutanekai – wyszeptała. – To ja, Hinemoa.

Patrzył na nią, a potem wziął ją w ramiona i poprowadził z powrotem do swojego domu. Następnego ranka kochankowie spali długo, aż ojciec Tutanekaiego wysłał niewolnika, by go obudził. Powróciwszy, wyrzekł on, że zaglądając przez drzwi, nie widział dwóch stóp ale cztery. Następnie pojawili się Hinemoa i Tutanekai, a ich związek został uznany przez plemię.

W tym samym czasie na jeziorze pojawiły się wielkie waka (czółna), które płynęły od strony Owhata. Hinemoa wiedziała, że to jej ojciec Te Umukaria i spodziewała się wojny, ale szczęściem plemiona zawarły pokój w atmosferze ogromnej radości.

Rotorua _czółno
Tak własnie wyglądają maoryskie czółna.

Gdzie dobrze zjeść w Rotorurze?

Jeśli najdzie Was pragnienie lub dopadnie niekoniecznie mały głód, wtedy polecamy odwiedzić Eat Street. Znajdziecie tutaj naprawdę dużo bardzo fajnych knajpek. W każdy czwartek Rotorua gości nie tylko mieszkańców, ale też turystów festiwalem rękodzieła i street foodu. Wtedy też można zjeść tu lokalny przysmak – morskiego ślimaka Paua, podawanego w formie placka ziemniaczanego. Niestety nie udało nam się spróbować tej pyszności ;). Może następnym razem. 

Oprócz tego Rotorua zaskoczyła nas naprawdę fajnymi knajpkami. Możemy polecić m.in.:

  • Capers Epicurean Cafe – jest to połączenie delikatesów z małym sklepem organicznym, gdzie znajdziecie naprawdę doskonały wybór jedzenia i picia.
  • Ciabatta Cafe – jest kolejną bardzo fajną knajpką znajdującą się w przemysłowej części miasta. Znajdziecie tu świeży chleb i domowe wypieki.
  • Factory Smokehouse and Grill – niestety nie dla vegetarian :(. Serwują tu pyszne hamburgery i żeberka. Jest to z kolei bardzo dobra opcja dla ludzi nie jedzących glutenu, którzy znajdą tu bardzo dużo potraw dla siebie.
  • Pizzeria Imperfetto – serwują naprawdę świetne pizze z pieca opalanego drewnem. Niestety nie są one zbyt duże.
  • A jeśli ktoś miałby ochotę na meksykańską kuchnię, nie może przejść obojętnie obok Sabroso.

A wieczorem? Niektórych może ucieszyć szeroka oferta obiektów SPA, by zrelaksować się w naturalnych gorących źródłach, lub basen termalny. 🙂

Filmik 🙂

Dzięki za przeczytanie i obejrzenie filmiku! Mamy nadzieję, że materiał i legenda Wam się spodobały. Do zobaczenia w następnym wpisie 🙂 

Może Cię również zainteresować

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments