Szanghaj na jeden dzień

Szanghaj_spacer

Szanghaj był naszym przystankiem w drodze do Nowej Zelandii. Bardzo cieszyliśmy się, że możemy doświadczyć chińskiej metropolii choć na chwilę.

1000 lat temu za czasów dynastii Song mała wieś, dziś metropolia, serce orientu, przyciągające tłumy turystów. Miasto biznesu, ale też miasto bankrutów i wszechobecnej biedy. Światowy pionier pod względem cudowności wieżowców. Posiada drugi co do wysokości najwyższy budynek na świecie (Shanghai Tower, 632 m). To miasto o potężnej historii miało liczne przydomki wymyślane przez zachodnich przybyszów, np. Paryż Wschodu, Królowa OrientuAzjatycka Prostytutka (lata upadku Szanghaju, przestępczość i prostytucja). Zastanawiamy się, co nas bardziej zaskoczyło – jeden dzień w Szanghaju czy 4 tygodnie w Nowej Zelandii.

Ok, to wszystko pewnie wiecie ;). A jak my się tam odnaleźliśmy, co możemy powiedzieć od siebie?

Choć przechadzając się tam, czuje się na sobie wiele zaciekawionych spojrzeń, naprawdę bowiem można się wyróżnić wśród morza czarnych głów, to spacer po mieście może być wielce przyjemny. Pomijając fakt, że trochu usypialiśmy (jet lag), przesiadując na nadbrzeżnej promenadzie Bund i próbując się skupić na obserwacji właśnie Shanghai Tower, 16 godzin w tym mieście uważamy za bardzo dobrze spożytkowane.

Ale od początku… Z lotniska do miasta

Kupując bilety lotnicze z Londynu do Auckland, wiedzieliśmy, że czeka nas przesiadka w Szanghaju i w dodatku będziemy mieli aż 16 godzin, by móc wyjść na miasto, co nas bardzo ucieszyło. Nasz entuzjazm jednak z godziny na godzinę słabł. Dlaczego?

Na lotnisku Pudong wylądowaliśmy przed 8:00 rano a wylot mieliśmy dopiero godzinie 00:20. Dało nam to dość sporo czasu by „wyskoczyć” na miasto. Po przylocie od razu udaliśmy się po 24-godzinną wizę turystyczną. Cały proces przebił dość sprawnie a my szczęśliwi szybko pognaliśmy na pociąg do miasta.

Lotnisko Pudong znajduje się ok. 30 km od centrum Szanghaju, a najprostszym i najtańszym sposobem na dostanie się do miasta jest skorzystanie z linii metra numer 2. Koszt jednorazowego biletu to 7 CNY (ok. 3,8 zł), a czas potrzebny na dotarcie do centrum wynosi do 60 minut. Walutą w Chinach jest juan. My wybraliśmy inną dostępną opcję – kolej magnetyczną Maglev. Pociąg ten w określonych godzinach pędzi z prędkością do 430 km/h, a cena jednorazowego biletu to 50 CNY (ok. 27,50 zł). UWAGA: jeśli przedstawimy w kasie bilet lotniczy, to cena zostanie pomniejszona do 40 CNY. I tak zakupiliśmy 24-godzinny bilet łączony Maglev & Metro Pass.

Szanghaj_Madlev-Metro-Pass

Bilet ten uprawnia na 2 przejazdy Maglevem + nieograniczone przejazdy metrem. Ta opcja kosztuje 85 CNY (47 zł). Sama podroż trwała 7 minut i 20 sekund, kolej niestety nie dojeżdża do centrum, tylko do stacji Longyarg Rd., skąd najlepiej przesiąść się w metro (linia nr 2) i po 20 minutach wysiąść na Placu Ludowym (People’s Square).

Pierwsze wrażenie?

Szanghaj jest bardzo zatłoczonym miastem. Jadąc metrem, Pati miała ochotę wyciągnąć telefon i zrobić zdjęcie, bo… ona i Rafał wystawali ponad morze czarnych głów (jej ulubione określenie w tym poście). Wszyscy zapatrzeni w telefony, nikt ze sobą nie rozmawia, nikt nie czyta książki. Czuliśmy się co najmniej dziwnie.

Po wyjściu z stacji pierwsza rzecz, która nas uderzyła to potężna „miejskość”, jeśli można to tak nazwać, oraz wieżowce. Ich przytłaczająca ilość, aż nie wiedzieliśmy, gdzie patrzeć. Zieleń przeplatająca się z nimi zachęciła nas do pójścia w jej stronę. Pomimo, że była dopiero godzina 10:00, w parku spotkaliśmy ludzi tańczących do muzyki z radia oraz grających na rożnych instrumentach.

Szanghaj tanczacy ludzie
Szanghaj grajek

W parku stanęliśmy przed pierwszym dylematem – odwiedzić Muzeum Szanghaju czy zostawić je na później? Podjęliśmy decyzję… idziemy dalej, a jeśli starczy nam czasu to wrócimy tu później. Zazwyczaj wolimy przebywać na świeżym powietrzu i rozpocząć poznawanie miejsca z tej perspektywy. Za kierunek obraliśmy stare miasto oraz ogród Yuyuan. Trasę tę pokonaliśmy pieszo, obserwując miasto, pałętających się ludzi, wiszące wszędzie kołdry, ubrania, powyrzucane śmieci. Panował totalny chaos. Po drodze, targani lekkim głodem, zatrzymaliśmy się w małej knajpce, marząc o prawdziwym ramen. Pierwsze małe rozczarowanie – nikt tam nie mówi nawet najprostszym angielskim. Pomimo że składaliśmy zamówienie u osoby bardzo młodej, musieliśmy palcami pokazywać fotografie przedstawiające interesujący nas ramen. Porcje były ogromne i niesamowicie smaczne, szkoda tylko, że dostaliśmy nie to, co zamówiliśmy, ale nie żałujemy 😉

Chaotyczny spacer w głąb Nanshi. Kit czy hit?

W Szanghaju można spotkać chyba wszystkie środki transportu jakie istnieją, samochody, skutery, rowery, riksze oraz inne różności. Niestety my jako piesi szybko przekonaliśmy się, że wszyscy oni mieli nas w poważaniu. Nikt się nie przejmował czerwonym światłem, skutery jeździły po chodnikach, a ludzie wchodzili na jezdnię, jak lecieli. Trzeba tam mieć wyostrzone wszystkie zmysły i oczy dookoła głowy, bo nigdy nie wiadomo 🙂

Szanghaj ruch uliczny
Szanghaj ruch uliczny
Szanghaj ruch uliczny
Szanghaj ruch uliczny
Szanghaj ruch uliczny

Po krótkim spacerze, dotarliśmy do Starego Miasta (Nanshi), najstarszej zamieszkałej części Szanghaju. Ogromne wrażenie zrobiło na nas stare chińskie budownictwo, które niestety jest stare pozornie. Budynki stylizowane są na historyczne i wypełnione sklepami, restauracjami nastawionymi na turystów. Można bez problemu znaleźć zachodnie sieciówki, jak Starbucks, McDonald’s czy KFC. To jest jedyne miejsce przypominające takie prawdziwe Chiny, jakie znamy z filmów. Sam Szanghaj jest mało chiński.

Szanghaj_stare miasto
Szanghaj_stare miasto
Szanghaj_stare miasto
Szanghaj stare miasto
Szanghaj stare miasto
Szanghaj_stare miasto

W centralnym miejscu starego miasta, pośrodku stawu, znajduje się Tea Haus, do którego prowadzi kilka uroczych mostków.Gdy spojrzeliśmy w dół, ujrzeliśmy pływające różnokolorowe karpie koi. Zrobiły na nas niesamowite wrażenie, pomimo że widujemy je bardzo często w Polsce. Niestety nie udało nam się wejść do Ogrodów Yuyuan, gdyż były zamknięte z powodu remontu, a samo przejście przez uroczy mostek zajęło nam paręnaście minut ze względu na liczbę turystów (zrobił się korek).

Szanghaj herbaciarnia
Szanghaj herbaciarnia
Szanghaj herbaciarnia
Szanghaj herbaciarnia

Chodząc po starym mieście, dość przypadkowo dotarliśmy do świątyni bóstw opiekuńczych miasta Szanghaj (Shang Hai Cheng Huang Miao). Miejsce to pomimo że zatłoczone oglądaliśmy z zapartym tchem. Rafał nie mógł oderwać wzroku od pozłacanych posągów bóstw i ludzi modlących się do nich. Zapalali oni kadzidła i kłaniali się bogom, zwracając się we wszystkich kierunkach świata. Specyficzna atmosfera tego miejsca dała się odczuć również Patrycji, która usiadła w cieniu jednej ze świątyń i z Pimpurem pod pachą oddała się zadumie.

Szanghaj swiatynia
Szanghaj swiatynia
Szanghaj swiatynia
Szanghaj swiatynia
Szanghaj swiatynia
Szanghaj swiatynia

Nadbrzeżna promenada Bund i okolice

Po wyjściu z bazaru poszwędaliśmy się po kolejnych biednych uliczkach. Co na pewno nie uszło naszej uwadze, to kontrast i to jak, biedne dzielnice mieszają się z bogatszymi. Zwiedzanie starego miasta sprawiło, że powoli zaczynaliśmy odczuwać głód, lecz zanim coś wszamaliśmy, udaliśmy się nad rzekę Huangpu, by obejrzeć jedną z głównych atrakcji Szanghaju – Bund.

Szanghaj Bund

Jest to nic innego jak nadbrzeżna promenada o długości ok. 1,5 km, na której znajdują się XIX-wieczne budynki w stylach barokowym, klasycystycznym, renesansowym czy art deco. Z tego właśnie miejsca można obserwować panoramę biznesowej części miasta Pudong. To tam właśnie znajduje się wspomniany na początku drugi co do wielkości budynek świata, Shanghai Tower. Obok niego znajduje się Shanghai World Financial Center, który przypomina otwieracz do piwa, a także to, co rzekomo najpiękniejsze – wieża telewizyjna zwana Perłą Orientu. Dla nas trochę kiczowata, rodem z tanich anime, choć przyznać musimy, że nocą imponowała nam oświetleniem.

Szanghaj wiezowce
Szanghaj wiezowce

12 godzin lotu i jet lag dały nam w tym miejscu o sobie znać do takiego stopnia, że Patrycji przysnęło się na ławce, gdy podziwiała swoje pierwsze w życiu poważne drapacze chmur (co za ignorancja i wstyd).

Ulica Nankińska – prawdziwy raj dla handlarzy

Po krótkiej „drzemce” udaliśmy się na poszukiwania tego co w naszym odczuciu najlepsze w Szanghaju – jedzenia. Tym razem padło na smażone pierożki, o których Pati marzyła i mówiła cały dzień.Takie pierożki muszą istnieć naprawdę. Długo szukaliśmy odpowiedniego lokalu, zaglądając również do galerii handlowej znajdującej się przy ulicy Nankińskiej. Ulica to jest uznawaną za największą na świecie. Chińczycy lubią przodować w wielu kwestiach, a Szanghaj jest tego dowodem. Była także pierwszą taką ulicą handlową w mieście. Obecnie punkty handlowe ma tam ponad 600 firm z całego świata. Prawdziwa gratka dla wszystkich, którzy chcą „wyskoczyć” na zakupy, niestety wiąże się to też z wskoczeniem w wir tłumu składającego się zarówno z miejscowych, jak i turystów.

Szanghaj ulica nankierska

Zniechęceni już nieco i zmęczeni odbiliśmy na północ, gdzie przypadkowo, w niepozornej uliczce Ningbo, znaleźliśmy wyśmienitą pierogarnię Yang’s Fried-Dumpling. Można tu płacić tylko gotówką, a o porozumieniu się po angielsku, zresztą jak w całym Szanghaju, można zapomnieć. Z drugiej strony musimy przyznać, że miało to swój urok – być w mieście, gdzie nikt cię nie rozumie, gdzie musisz szukać sposobów na porozumienie się, dodaje adrenaliny do całej wyprawy. Sprawia, że czujesz się egzotycznie, zdany sam na siebie.Język nie powinien być barierą. I tak właśnie „dogadaliśmy się” z przemiłą panią, która zadbała o to, by podano nam pyszne pierożki i takie, jak zamówiliśmy :).

Pudong i okolice

Czas naszego lotu do Auckland nieubłaganie się zbliżał, nadchodził wieczór a razem z nim Szanghaj zyskał nowe barwy. Budynki podświetlały się, a na wieżowcach można było zaobserwować przedstawienia świetlne. Ostatnią dzielnicą miasta, którą wybraliśmy na wieczorne zwiedzanie, był Pudong. Możemy powiedzieć, że był to chyba jeden z najlepszych widoków tego dnia. Spójrzcie na te drapacze chmur, światła dookoła nich i nadchodzącą ciemność.

Szanghaj pudong wieze
Szanghaj pudong
Szanghaj pudong

Trafiliśmy do parku, które jest sercem tej dzielnicy. Z braku czasu niestety nie udało nam się wjechać na szczyt Perły Orientu, by podziwiać widoki z góry. W parku zjedliśmy pyszne pianki (jedna czekoladowa, druga mango), które polecamy spróbować – my swoje kupiliśmy w cukierni na stacji metra. Park jest pięknie zaaranżowany, znajduje się w nim nawet alejka dla zakochanych, oczko wodne, a także placyk, gdzie na tablicach można przeczytać historię powstania dzielnicy Pudong oraz obejrzeć zdjęcia z planu budowy.

Szanghaj-pudong-5
Szanghaj pianki

Powrót na lotnisko i upychacze w metrze

Zawróciliśmy do stacji metra, i zaczęło się… niestety była to godzina szczytu. Poza nami było po horyzont morze czarnych głów. Bramki, które znajdują się na każdej stacji metra mające za zadanie skanować plecaki wszystkich, były otwarte, a nerwowa Pani, stojąca na straży bramek, szarpała biegnących i pospieszała, by żwawiej przechodzili. Tak wygląda codzienność w tym mieście. Dzięki tej przygodzie doświadczyliśmy także sytuacji, o której słyszeliśmy tylko z opowiadań, a mianowicie widzieliśmy pracowników metra (tzw. upychaczy), których zadaniem jest upychanie ludzi i domykanie drzwi do wagoników metra. Niezapomniany i trochę śmieszny widok. W tym mieście wszyscy na siebie krzyczą, przepychają się, popychają. Kultura przedziwna, ale nasz poziom tolerancji jest wysoki.

Szanghaj metro

Nasz powrót na lotnisko wyglądał podobnie jak droga, którą pokonaliśmy rano. Najpierw dojechaliśmy do stacji Longyarg Rd i przesiadliśmy się na Maglev. Uwaga: ostatni kurs ze stacji Longyarg Rd jest o godzinie 21:40, a ostatnie metro odjeżdża o 22:00. Po godzinie 22:00 linia nr 2 kończy bieg dwie stacje przed lotniskiem. Wydaje się, że jest to nieduża odległość, trzeba jednak pamiętać, jak ogromny jest Szanghaj i te dwie stacje wynoszą ok. 7 km w linii prostej. Jeśli nie zdążycie na ostatni kurs na lotnisko, pozostaje wam najlepiej wysiąść 4 stacje przed lotniskiem i tam szukać taksówki, będzie łatwiej ja znaleźć niż na ostatnim przystanku.

A więc, Szanghaj na jeden dzień? Zawsze jest to możliwe :). Pomimo ogromnego zmęczenia, doświadczonego szoku i zaskoczenia był bardzo udany i ciekawy. Czy powrócilibyśmy tu ponownie? I tak i nie. Na pewno chcielibyśmy jeszcze zobaczyć Ogród Yuyuan, kilka świątyń, które rozsiane są po całym mieście czy panoramę miasta z góry, ale nie zostalibyśmy tu na dłużej, nawet pomimo pysznego jedzenia. Niestety sam Szanghaj okazał się dla nas, miłośników dzikiej natury, za duży i zbyt zatłoczony, ale wizytę tam i tak będziemy wspominać z uśmiechem na twarzy.

Może Cię również zainteresować

Subscribe
Powiadom o
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
8 miesięcy temu

Great content! Super high-quality! Keep it up! 🙂